Hipokryzja bez granic

Amnesty International, OBWE, Onet, Gazeta Wyborcza i Bóg jeden wie, kto jeszcze, użalają się nad losem strasznie „prześladowanego” Tomasza Piątka (autora książki o Antonim Macierewiczu) który ma – podobno – problem z dodrukiem swojej książki, a sam autor dywaguje nad tym, jaki narkotyk dosypią mu do jedzenia, by najpewniej zabić, a już co najmniej ponownie uzależnić od narkotyków.

Naprawdę jestem poruszony treścią publikacji na Onet, a byłbym nawet szczerze wzruszony, gdyby jeszcze w obronie autora do klatki weszli Adam Michnik, Tomasz Lis i Monika Olejnik na dokładkę, domagając się zagrożonej – rzecz jasna – wolności słowa w reżimowej Polsce. Publikację Onetu zostawiłbym bez komentarza – bo na podobne bzdury szkoda w ogóle słów – gdyby nie jeden „drobny” szczegół, a mianowicie gdybym na własnej skórze nie odczuł, jak wyglądała wolność w rozumieniu Bronisława Komorowskiego, Donalda Tuska, Krzysztofa Bondaryka, Pawła Grasia i całej tej hołoty z WSI et consortes, a więc wszystkich tych łotrów III RP, tak bardzo hołubionych przez wyżej wymienionych. Gdzie było Amnesty International i OBWE, gdy przez prawie dziewięć lat zamykano mnie w aresztach, latami niszczono rodzinę doprowadzając do załamania i próby samobójczej, ciągano po sądach bezustannie mnożąc w kilku (!) procesach karnych (za każdy mogłem trafić na wiele lat do więzienia) i kilkunastu (!) cywilnych (za każdy mogłem zapłacić liczone w setkach tysięcy, a w jednym przypadku nawet w milionach złotych odszkodowanie, co – gdybym przegrał proces – oznaczałoby dla mojej rodziny totalną ruinę i zamieszkanie pod mostem) – zarzuty od początku do końca sfabrykowane przez ABW, WSI i prezydenta Polski Bronisława Komorowskiego, jak pokazały to dokładnie wszystkie zakończone uniewinniającymi mnie wyrokami i w każdym przypadku wygranymi przeze mnie, we wszystkich możliwych instancjach, procesy?

Gdzie byli Michnik, Lis, Olejnik, Onet, Newsweek, GW i cała ta pozostała menażeria medialnych kłamców, oszczerców i szubrawców, gdy kolegę po fachu ciągano od sądu do sądu tylko dlatego, że pokazywał prawdę o bandyckich machlojkach służb specjalnych w III RP oraz o ich politycznych wspólnikach vide Komorowski i inni? Odpowiadam: byli dokładnie po tej samej stronie, co bandyci i kłamliwi oskarżyciele, do spółki z nimi atakując, skazując a priori i zaocznie przesądzając o winie – jak pokazały to dokładnie wszystkie werdykty sądowe – człowieka niewinnego. I gdy po latach wyszło to na jaw, gdy okazało się, że wszystkie te podłe oskarżenia były właśnie podłością, łgarstwami i manipulacjami dokonywanymi na szczytach władzy mającymi zniszczyć dziennikarza tylko i wyłącznie dlatego, że poszukując prawdy wkładał głowę tam, gdzie niewielu włożyłoby palec, szubrawcom nie starczyło odwagi, by tak po ludzku powiedzieć jedno, choćby słowo: „przepraszam”.

Takie są fakty – w przeciwieństwie do spekulacji autora Piątka, który rozważa, czy i co ewentualnie dosypią mu do jedzenia, by „nieszczęśnikowi” dopiec – a te jak wiadomo nie wymagają interpretacji, bo fakty po prostu są, jakie są. Wejście do mnie funkcjonariuszy ABW o szóstej rano, zakucie w kajdanki, całodzienne przeszukanie na oczach dzieci, a później areszt i kolejne wielokrotne „wizyty” ABW, nieustanne nękanie (np. poprzez wszelkie możliwe kontrole i wizyty komorników gotowych do zlicytowania wszystkiego, co później określono sformułowaniem: „to tylko pomyłka”), przesłuchania i zastraszanie bliższej oraz dalszej rodziny, co doprowadziło najbliższych do granic wytrzymałości, mnie zaś samego do próby samobójczej i trzymiesięcznej hospitalizacji, medialne, wielomiesięczne kłamliwe ataki i mnożące się wezwania do prokuratur, na policję i do sądów, a gdy po latach powstałem z kolan, by wszystko to opisać m.in. w książce „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, blokowanie jej do tego stopnia, że zmuszony byłem drukować ją w Czechach, o utrudnianiu dystrybucji na każdym możliwym etapie i poziomie nie wspominając – to wszystko suche fakty, nie spekulacje vide autor Piątek.

Napisałem ten materiał ku refleksji – choć oczywiście mam świadomość, że dla wielu dzisiejszych obrońców zagrożonej jakoby „wolności bez granic” tekst ten będzie co najwyżej wołaniem na puszczy. Może dlatego, że bywają takie sytuacje, w których po prostu trzeba coś przeżyć, by coś zrozumieć, a być może z całkiem innych powodów – ale to już temat na zupełnie inną historię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *