HISTORIA GRUPY „GENERAŁ” – Fragment książki pt. „ABW”.

Moje pierwsze spotkanie z Małgorzatą Wierchowicz, szefową grupy „Generał” prowadzącej śledztwo w sprawie zabójstwa generała Marka Papały, mającej szerokie uprawnienia i odpowiadającej tylko przed ścisłym kierownictwem policji, miało miejsce w Komendzie Głównej Policji. Odbyło się za pośrednictwem i w obecności pułkownika Aleksandra Lichockiego, ostatniego szefa kontrwywiadu PRL – u, mojego informatora – jedynego informatora, o którym mogę mówić, bo po moim aresztowaniu ujawnionego przez innych dziennikarzy, a jak pokazał czas, także prowokatora – ale to historia na inną opowieść. Byłem ciekaw, w jakim celu zostałem zaproszony. Pytany o to kilkakrotnie pułkownik zbywał mnie naprędce, ale jednocześnie intrygował. – Pani Małgosia chciałaby cię poznać. To bardzo sensowna babka. Przyjdź, nie pożałujesz.

I tyle. To było dziwne spotkanie. Zanim zdążyłem zapukać, drzwi otworzyła nam postawna kobieta o wyrazistym spojrzeniu i mocnym uścisku dłoni. Już na tym pierwszym spotkaniu przegadaliśmy kilka godzin. Widzieliśmy się po raz pierwszy w życiu, a rozmawialiśmy o relacjach rodzinnych jak starzy znajomi. O moich i jej córkach, o życiu, o niuansach zawodu dziennikarza i policjanta. Sympatyczne spotkanie i same ogólniki. Lichocki, obecny na spotkaniu od pierwszej do ostatniej minuty, w zasadzie się nie odzywał. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że od momentu mojego wejścia do pokoju „pani Małgosi” wszystko było wyreżyserowanym spektaklem. A może się mylę? Może było to po prostu dobrze rokujące spotkanie bez podtekstów?

Jeszcze dziwniejsze były kolejne spotkania, do których doszło na kilka tygodni przed moim zatrzymaniem, wczesną wiosną 2008 roku. Szefowa grupy „Generał” przyjeżdżała do mojego mieszkania na warszawskich Bielanach. Podczas ostatniego z nich sprawiała wrażenie onieśmielonej. Przez jakiś czas zastanawiała się, czy powiedzieć, z czym naprawdę przyszła. Wreszcie zebrała się w sobie, sięgnęła do torby i wyjęła teczkę opatrzoną napisem „Bieszyński”. Spytała, czy wiem, kim jest ten człowiek. Oczywiście wiedziałem dobrze – bo takie rzeczy wiedział, a przynajmniej powinien wiedzieć, każdy dziennikarz śledczy – kim jest Ryszard Bieszyński. I wiedziałem też, jak ważną rolę odegrał w śledztwie dotyczącym zamordowania Komendanta Głównego Policji generała Marka Papały. Wiedziałem, że Bieszyński w trakcie śledztwa zachowywał się dwuznacznie. Wielokrotnie i bardzo stanowczo, korzystając z autorytetu kierowniczego stanowiska w UOP, a potem w ABW, bronił Edwarda Mazura przed zarzutami, wbrew prokuraturze, wbrew poszlakom.

Twardo promował za to hipotezę śledczą o zabójstwie na zlecenie rodziny, stosował pozaprawne naciski na wdowę po generale Papale, dążąc do tego, by przyznała się do zlecenia zabójstwa własnego męża. Moi informatorzy utrzymywali, że Bieszyński chronił w ten sposób Edwarda Mazura, cennego współpracownika Służby Bezpieczeństwa i Urzędu Ochrony Państwa, bo wiedziałem także i to, że Mazur został wyrejestrowany z zasobów służb specjalnych dopiero w 1996 roku – nie brakło jednak i takich, którzy utrzymywali, że z pewnych struktur nie odchodzi się nigdy, a co najwyżej przez komin krematoryjny… W pewnym momencie wydawało się jednak, że pułkownik Bieszyński stracił możliwość wpływania na śledztwo, ponieważ musiał złożyć rezygnację z zajmowanego stanowiska pod wpływem nacisków Andrzeja Barcikowskiego. Było to w lipcu 2005 roku, kiedy na poważnie jego dotychczasową działalnością zainteresowała się Prokuratura Okręgowa w Katowicach i kiedy postawiono mu formalne zarzuty. Tacy jak on nie poddają się jednak łatwo – nie ci ludzie.

Nawet po tym, jak przeszedł na emeryturę, Ryszard Bieszyński w dalszym ciągu był aktywnym uczestnikiem procesu Mazura, odnośnie którego polski wymiar sprawiedliwości wystąpił z wnioskiem o aresztowanie. 20 października 2006 roku o godzinie 6:00 rano do domu Edwarda Mazura w Glenview pod Chicago weszli agenci FBI w towarzystwie miejscowej policji i Agencji Antynarkotykowej (DEA). Odczytali nakaz zatrzymania i poprosili o nieutrudnianie czynności. Edward Mazur nie utrudniał czynności. Mimo że policja nie miała nakazu przeszukania domu, zgodził się na przeszukanie. Nie skorzystał też z przysługującego mu prawa do odmowy zeznań. W trakcie półtoragodzinnego przesłuchania odpowiedział na wszystkie pytania. Był spokojny.

Rozprawa ekstradycyjna Edwarda Mazura rozpoczęła się w październiku 2007 po kilkumiesięcznym pobycie osadzonego w areszcie ekstradycyjnym. Na świadka obrony został z Polski wezwany nie kto inny, jak stary „przyjaciel” – Ryszard Bieszyński. Podczas składania zeznań oświadczył krótko: Edward Mazur jest niewinny. Po czym obszernie uzasadnił swoje stanowisko. Były decydent z ABW stwierdził przed amerykańskim sądem, że po przejrzeniu akt sprawy nie znalazł żadnych dowodów na przestępczą działalność Edwarda Mazura, co potwierdza jego tezę o niewinności biznesmena…

Tak więc czekałem na jakiś komentarz ze strony policjantki, ale przez dobre pół minuty wydawało się, że nie będzie żadnego. Nad czymś się zastanawiała. W pewnym momencie jednak najwyraźniej przełamała się w sobie, bo popchnęła w moją stronę teczkę. – Niech pan spojrzy na to i powie mi, co myśli – rzuciła krótko. – To nic tajnego, ale jeżeli naprawdę pan tego nie zna, warto, by pan poznał – dodała tonem wyjaśnienia. Wziąłem teczkę w rękę i wyjąłem plik spiętych kartek. Był to zapis z rozprawy z udziałem Ryszarda Bieszyńskiego w Stanach Zjednoczonych z 23 maja 2007 roku. Wynikało z niego, że polski rząd, w ramach oświadczeń składanych pod przysięgą, przedłożył pięć tomów dokumentów plus rejestry polskich i amerykańskich służb granicznych oraz kopię amerykańskiego paszportu Edwarda Mazura ze stemplami przekroczenia granicy w odnośnych terminach. Ze swojej strony Mazur złożył pisemne oświadczenie, z którego wynikało, że znał generała Papałę towarzysko i pomagał mu zapisać się na intensywny kurs języka angielskiego na Uniwersytecie Dominikańskim w River Forest w stanie Illinois. Kurs miał rozpocząć się pod koniec czerwca 1998, ale dla generała Papały nigdy się nie rozpoczął.

Według oświadczenia Mazura 25 czerwca 1998 roku miał on uczestniczyć w przyjęciu zorganizowanym w domu „emerytowanego generała Józefa Sasina”, skąd zadzwonił do Marka Papały, by umówić się z nim na spotkanie w sprawie wyjazdu na kurs językowy. Szef polskiej policji spytał, czy mógłby przyjechać do domu Sasina i po uzyskaniu zgody gospodarza pojawił się na przyjęciu. Komendant poinformował Mazura, że pewne okoliczności zmuszają go do przełożenia kursu oraz wizyty w Stanach Zjednoczonych, po czym wyszedł twierdząc, że musi odebrać rodzinę z dworca. Kilka godzin później – jak twierdził Mazur – odebrał od przyjaciela, komendanta stołecznego policji Michała Otrębskiego, telefon z informacją, że szef polskiej policji został zastrzelony. Otrębski miał poprosić Mazura o pilne przybycie na miejsce zbrodni celem złożenia zeznań – i tak się stało. Mazur zapewnił amerykański sąd, że nie miał nic wspólnego z zabójstwem generała, że nie zna i nigdy nie spotkał Artura Zirajewskiego, Nikodema Skotarczaka czy Andrzeja Zielińskiego pseudonim „Słowik”. Dodał, że nigdy nie był w hotelu Marina w Gdańsku, natomiast wezwany przez warszawską prokuraturę w sprawie zabójstwa generała przyjechał do Polski w roku 2000 i umówił się z prokuratorem także na kolejne spotkanie – w styczniu 2002. To ostatnie prokurator jednak odwołał.

Dalej Mazur referował, że powrócił do Polski 24 lutego 2002 i dobrowolnie stawił się w prokuraturze, wziął udział w okazaniu, spędził noc w areszcie, po czym został zwolniony. I tyle. W dalszym toku rozprawy przed amerykańskim sądem przesłuchano Ryszarda Bieszyńskiego, który opowiedział – z pomocą tłumacza, rzecz jasna – swoją wersję wydarzeń. Zaczynał służbę w Milicji Obywatelskiej, skąd przeniósł się do wydziału dochodzeniowego Służby Bezpieczeństwa w Warszawie. Po upadku komunizmu przeszedł pozytywnie weryfikację i otrzymał propozycję objęcia stanowiska w nowych cywilnych służbach specjalnych wolnej Polski, czyli w Urzędzie Ochrony Państwa, formacji zbliżonej do Centralnej Agencji Wywiadowczej Stanów Zjednoczonych. Jak zeznał Bieszyński, UOP „prowadził dochodzenia w sprawach dotyczących przestępczości zorganizowanej na wyższych szczeblach, przestępczości gospodarczej wymierzonej przeciwko finansom i gospodarce kraju, a także we wszelkich innych sprawach, gdy decydenci uznali za słuszne, by – czy to z uwagi na charakter zdarzenia, czy też na charakter czynu przestępczego – jednostką właściwą prowadzącą sprawę była jednostka cywilna, czyli specjalne służby cywilne”.

Podkreślił, że gdy jego formacja uległa reorganizacji w 2002, otrzymując nową nazwę Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego – w skrócie ABW – zajmował w niej kierownicze stanowiska – na stanowisku dyrektora wydziału postępowań karnych skończywszy. Bieszyński zeznał też, że ze służby odszedł w 2005, gdy Prokuratura Okręgowa w Katowicach postawiła go w stan oskarżenia w związku z wykonaniem polecenia Prokuratury Okręgowej w Warszawie w sprawie zatrzymania prezesa polskiego koncernu naftowego PKN Orlen. Ponieważ jednak, jego zdaniem, historia miała charakter polityczny, nigdy nie stanął przed sądem – w samej zaś sprawie postępów brak. Na koniec świadek przeszedł do sedna. Zapewnił, że Edward Mazur jest niewinny jak dziewica orleańska, a pewność swoją czerpie z regularnego uczestnictwa w spotkaniach z Dyrektorem Biura do spraw Przestępczości Zorganizowanej Ministerstwa Sprawiedliwości, a także z prokuratorem prowadzącym śledztwo oraz innymi przedstawicielami odpowiedniego wydziału policji.

Bieszyński dodał, że po skrupulatnym przejrzeniu akt sprawy oraz wszystkich informacji wszelkiego rodzaju nie znalazł najmniejszych nawet dowodów jakiejkolwiek działalności przestępczej z udziałem zatrzymanego biznesmena, i to nie tylko w odniesieniu do tej, ale w ogóle do jakiejkolwiek sprawy. Ba, w zapędzie wystawiania świadectwa moralności Mazurowi świadek posunął się tak daleko, że nie omieszkał zaręczyć nie tylko za jego niewinność, ale dodatkowo zapewnił, że w odniesieniu do jego osoby nie znalazł nawet mandatów za złe parkowanie. Jednym zdaniem – Edward Mazur był bielszy niż biel. Cała ta sprawa mogła wydawać się bardziej komiczną niż odkrywczą. A może raczej należałoby powiedzieć – mogłaby wydać się komiczna, gdyby nie tragedia zastrzelonego policjanta w tle i jego rodziny. Z mojej perspektywy element farsy w tej tragedii stanowiła determinacja, prowadząca wręcz do granic absurdu, z jaką służby specjalne „wolnej Polski” broniły swojego współpracownika, prezentując go niczym chodzącego anioła, który tylko przypadkiem sfrunął na ziemię.

Obok elementów tragikomicznych było jednak w tych zeznaniach coś wprost przygnębiającego, co niczym w soczewce pokazywało szerszy mechanizm tego, jacy ludzie, z jakimi koneksjami i jakimi życiorysami kierowali służbami specjalnymi w tej wolnej, podobno, Polsce, która okowy komunizmu rzekomo zostawiła dawno za sobą. Kończąc czytanie akt mimowolnie uśmiechnąłem się smutno do swoich myśli.

– Co w tym śmiesznego? – spytała policjantka, wyrywając mnie z zamyślenia.

– Przepraszam, nie ma w tym nic śmiesznego – odparłem.

– Więc co pan o tym myśli? – nawiązała do pytania sprzed kilku minut. Zastanowiłem się przez chwilę. – Spójrzmy na to tak: ktoś – z pewnością ktoś, kto dużo może – zadał sobie wiele trudu. Ten ktoś dobrze pilnuje tej sprawy i to się raczej nie zmieni. I ten ktoś zrobi wszystko, by podważyć wiarygodność pani zespołu śledczego. Widziałem już takie historie. Na moje oko powinna się pani pospieszyć. I trzeba to wszystko pokazać, zanim podważą pani wiarygodność.

– Podważanie wiarygodności już trwa. Jeżeli przeczyta pan książkę Sylwestra Latkowskiego i artykuły kilku innych, zrozumie pan, o czym mówię. I wiem, że nie zostało dużo czasu.

– Skąd pani to wie?

– Po prostu wiem. Ja tylko łączę kropeczki – szefowa grupy „Generał” zrobiła krótką pauzę, jakby coś w sobie ważyła. Po chwili jednak spojrzała mi głęboko w oczy i podjęła przerwany wątek. – Wie pan, kiedyś wierzyłam, że ktoś powinien pokazać to całe to bagno, od początku do końca – głos policjantki zadrżał, ale może tylko tak mi się wydawało. – Wierzyłam w sens tej pracy, której poświęciłam pół życia, częstokroć ryzykując wszystko – zatrzymała się po raz kolejny, ważąc słowa. – I wie pan, co w tym wszystkim jest najgorsze? – milczałem, czując intuicyjnie, że nie powinienem jej teraz przerywać. – To, że po tym wszystkim, co widziałam i co przeżyłam osobiście, straciłam wiarę.

– Ale nie do końca.

– Nie do końca.

Kilka tygodni po tej rozmowie, 13 maja 2008 roku punktualnie o godzinie 6:00 rano u drzwi mojego mieszkania na warszawskich Bielanach rozległ się dzwonek. Stanąłem pod drzwiami i usłyszałem: „Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, proszę otwierać”… Tak zaczęła się historia nazwana przez media „aferą marszałkową”, w której było wszystko: mnożące się akty oskarżeń, z których kolejne miały potwierdzać zasadność poprzednich, wszelkie możliwe kontrole wszelkich możliwych instytucji państwowych, wielokrotne „wizyty” funkcjonariuszy ABW – którzy za tę historię otrzymali szereg premii i awansów – policjantów i nawet komorników, wreszcie tajna narada z udziałem ludzi na wysokich stołkach: przyszłego prezydenta Polski Bronisława Komorowskiego, szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, przewodniczącego Sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych Pawła Grasia i pułkownika WSI Leszka Tobiasza.

Nieformalna narada w takim składzie była precedensem nad precedensy – nigdy w historii nie wydarzyło się nic podobnego. Z narady nie powstał nigdy żaden dokument urzędowy, żadna notatka, żaden formalny ślad – to tajne spotkanie było niczym narada przestępczej grupy i gdyby nie przestrach jednego z jej uczestników, Pawła Grasia, który był najsłabszym ogniwem spiskowców, prawdopodobnie nikt nigdy nie dowiedziałby się niczego nie tylko o jej przebiegu, ale w ogóle o tym, że taka narada miała miejsce. Przez następnych osiem lat przedstawiano bardzo twórczą interpretację faktów i ani jednego dowodu, ani jednego świadka, który potwierdziłby w sądzie wersję prokuratury i ABW. Jak pokazał czas, historia ta znalazła swój finał dopiero po dziewięciu latach od momentu rozpoczęcia – finał w postaci uniewinniających wyroków sądowych we wszystkich możliwych instancjach i pointy przewodniczącego składu sędziowskiego w warszawskim Sądzie Okręgowym: „To była przygotowana przez profesjonalistów kombinacja operacyjna, wielka mistyfikacja”…

Kilka miesięcy po tym, jak nastąpiło moje aresztowanie, działania specgrupy prowadzącej śledztwo w sprawie zamordowania generała Marka Papały, dowodzonej przez inspektor Małgorzatę Wierchowicz, zostały zakończone, sama zaś grupa uległa rozwiązaniu. Do wiadomości publicznej podano jedynie, że postępowanie analizujące działania grupy „Generał¨ prowadzono blisko rok i natrafiono na „nieprawidłowości”. Opinii publicznej poskąpiono jednak szczegółów, a co więcej, objęto je klauzulą tajności. Na Małgorzatę Wierchowicz wylała się fala zarzutów, krytyki i totalnej medialnej nagonki, która trwała jeszcze długo…

Kilka miesięcy później na skutek zatrucia lekami w gdańskim więzieniu zmarł Artur Zirajewski, jeden z głównych świadków w tej sprawie, według zeznań którego Edward Mazur namawiał go do zamordowania generała Papały. Jeszcze w tym samym roku zainicjowano nowe śledztwo pod nowym kierownictwem. Poprowadzono je w kierunku przeciwstawnym do poprzedniego, szukając sprawców nie w gronie ludzi na wysokich stołkach, lecz wśród pospolitych złodziei samochodowych.

Niedługo potem Małgorzata Wierchowicz, w atmosferze skandalu, odeszła z policji i przeszła na emeryturę. Nie spotkaliśmy się nigdy więcej.

Wojciech Sumliński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *