Kuba – relacja z podróży

Niewiele jest państw na świecie, które dziś – lata po upadku najpotężniejszego przykładu komunizmu w państwowości, ZSRR, nadal socjalizm kreują tak potężnie na wzór rosyjskich przyjaciół sprzed laty. Pomimo śmierci Fidela Castro dyktatura ciągle żyje, ciągle też zbiera żniwo ubóstwa na ulicach – niemal każda większa droga usłana jest billboardami wychwalającymi komunizm, mury miejskie zdobią graffiti wysławiające Che Guevarę, Castro, czy ustrój.

Państwo specyficzne – tak jak specyficzne wydaje się łączenie komunizmu z 35-stopniowymi upałami, kubańską salsą i piaszczystymi plażami.

Państwo, w którym – a owszem! – istnieje dostęp do WiFi. Dostęp ten jednak wykupuje się na godziny – za 1,50 dolara kubańskiego (o walutach poniżej) otrzymuje się kartę-zdrapkę z kodem. Login, hasło, otrzymujesz połączenie ze światem – z pewnym jednak ograniczeniem. Obiecana godzina to tak naprawdę 10/15 minut, wiele stron internetowych nie działa, a samo uzyskanie dobrego połączenia to loteria.

Państwo, w którym – według postrzegania tubylców – napiwki zwyczajnie należą się wszystkim, za nawet najdrobniejszy gest. Kierowca autobusu dowiezie na miejsce – napiwek, mężczyzna na plaży zaoferuje przysunięcie leżaka – napiwek. Lotnisko w Varadero, odprawa bagażu. Kobieta stwierdza nadmiar przysługujących kilogramów (co do słuszności – ośmielę się wątpić). Łamanym angielskim, z przeuroczym uśmiechem na ustach stwierdza: „Macie szczęście! Za nadbagaż musielibyście uiścić opłatę ale dziś wystarczy, że dacie mi napiwek!”. Wymieniamy kilka słów po polsku między sobą, kobieta z niemalejącym uśmiechem ponagla: „Dajcie mi napiwek”.

Państwo, w którym w użyciu są dwie waluty. Jedna – dla turystów, druga zaś to waluta miejscowych. Pierwsza, zwana jako „peso wymienialne”, „dolar kubański” jest świetną przepustką – do zaopatrzonych sklepów, do traktowania, niczym król (obcokrajowiec to potencjalny filantrop, rzucający napiwkiem na prawo i lewo). Z uwagi na napięcia między Kubą a USA – każda wymiana dolarów amerykańskich obwarowana jest 10% podatkiem.

Państwo, w którym w aptece na przeziębienie i ból gardła otrzymujesz lek najwyższej klasy – w rzeczywistości cukierki Halls (po przeliczeniu – około 15 złotych).

Państwo, w którym średnia zarobków to ok 40 dolarów kubańskich miesięcznie, przy czym za krótki przejazd taksówką (których na ulicach spotkać można niezliczoną ilość) płacisz dolarów 15, każdy z zawodów związanych z napiwkami (mowa zatem o każdym, najróżniejszym zawodzie – byle przy obcokrajowcach) wyrobi zatem miesięczną normę w jeden dzień.

Ale przede wszystkim – państwo, w którym pomimo biedy, niedożywienia i dyktatury – na ulicy spotkać wszędzie można uśmiech, głośną, kubańską muzykę (na marginesie – na Kubie również obecnie króluje utwór Despacito), dowcipkujących mieszkańców popijających szklaneczkę rumu, czy palących osławione cygara. Kontrast – bo zaraz za nimi na każdym kroku widać obdrapane budynki bez okien, w których przyszło im mieszkać.

Szansy na zmianę – nie widać. Być może brak jedności, bo społeczeństwo jest zbyt zróżnicowane, by walczyć o coś wspólnie, może kraj wyniszczony rewolucjami nie odważy się uciec do wszczęcia kolejnej, a może inaczej – zwyczajnie brak już nadziei.

Mateusz Daniluk
Mateusz Daniluk

Ostatni artykul od Mateusz Daniluk (Wszystkie art)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *