O tym, co „się udało”…

W serwisie internetowym „Wirtualna Polska” za tygodnikiem „Polityka” zaprezentowano informację, której sposób podania zdumiewa i pokazuje, jak można relatywizować rzeczywistość. By od razu przejść do rzeczy, na początek obszerny fragment rzeczonego tekstu:

„ Kto ściga Donalda Tuska? Wojskowy prokurator z zaciągu Macierewicza i obrońca Sumlińskiego.

To śledztwo jest dla PiS kluczowe. Ma pokazać, czy akcja „łapać Tuska” jest skuteczna politycznie. Prowadzi ją dwóch prokuratorów: Jan Zarosa i Waldemar Puławski. Ten pierwszy po wyborach awansował do Warszawy z lubelskiej prokuratury garnizonowej. Drugi karierę zaczynał podobnie jak poseł Piotrowicz, w PRL-owskiej prokuraturze. Do środowiska prawicy wszedł, kiedy został obrońcą Wojciecha Sumlińskiego, oskarżonego o korupcję. (…) Formalnie jest zastępcą Zbigniewa Ziobry, czyli zastępcą prokuratora generalnego ds. wojskowych. Jego pozycja to odpowiednik dawnego szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Na stanowisko powołała go Beata Szydło, ale tak naprawdę to człowiek Antoniego Macierewicza. Prokurator z PRL-u. Politykom PiS musi nie przeszkadzać jego przeszłość. A Puławski zaczynał karierę w prokuraturze za czasów PRL. Podobnie jak twarz rozprawy z Trybunałem Konstytucyjnym poseł Stanisław Piotrowicz. Za poprzednich rządów PiS wiceministrem był Andrzej Kryże, który w PRL skazywał opozycjonistów (m.in. Andrzeja Czumę i Bronisława Komorowskiego). Na początku lat 90. odszedł z prokuratury i otworzył kancelarię adwokacką. W 2009 roku chciał wrócić do prokuratury, i to zaraz na stanowisko jej szefa. Jego kandydaturę odrzucono, bo nie był ani prokuratorem, ani sędzią. Mecenas poskarżył się na to do Trybunału Konstytucyjnego. Jednak w okręg zainteresowań PiS i Antoniego Macierewicza trafił nieco później. Puławski został obrońcą Wojciecha Sumlińskiego, prawicowego dziennikarza, którego oskarżono o korupcję. Miał obiecywać oficerom WSI pozytywną weryfikację. Ostatecznie prawnikowi udało się wybronić swojego klienta i Sumliński został uniewinniony. Podczas kilkuletniego procesu Puławski stał się częstym gościem prawicowych mediów: pojawiał się na Salon24, wPolityce braci Karnowskich i w TV Republika Tomasza Sakiewicza. Przekonywał, że tak naprawdę w całej sprawie chodzi o uderzenie w Antoniego Macierewicza. – Stał się on [Wojciech Sumliński – przyp. WP] figurantem w operacji skierowanej przeciwko Komisji Weryfikacyjnej WSI i jej przewodniczącemu – przekonywał. Prawnik obficie komplementował program PiS, a samodzielną większość tej partii uznawał za jedyną szansę naprawy wymiaru sprawiedliwości. Na początku 2016 roku trafił do MON, gdzie zajmował się kadrami. To był gorący okres, tuż po przejęciu resortu przez Antoniego Macierewicza. Mecenas Puławski musiał się sprawdzić, bo po zaledwie 3 miesiącach trafił do Prokuratury Krajowej. Teraz to ona nadzoruje działania prokuratora Zarosy – podaje „Polityka”. I ma dopilnować, aby śledztwo przebiegło po myśli Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego. A cel jest prosty: sprawić wrażenie, że były premier ma na koncie grzechy, które nie pozwalają mu na kontynuowanie kariery politycznej.”

Tyle obszerny fragment wspomnianego tekstu. Co zrozumie z niego przeciętnie zorientowany – jakich większość – czytelnik? Poza tym, że Donald Tusk jest Bogu ducha winnym człowiekiem, z kontekstu dowie się, że oskarżany o korupcję dziennikarz Sumliński musiał mieć sporo szczęścia, skoro udało się go wybronić.

Przypomnijmy zatem, co w bezprecedensowej sprawie określanej przez media jako „afera marszałkowa” naprawdę ustalił sąd, a właściwie aż trzy sądy (pierwszy – w roku 2011 orzekający bezprawność działań skierowanych przeciwko mnie przez ABW oraz prokuratorów Jolanty Mamej i Andrzeja Michalskiego, drugi – w roku 2015 uniewinniający mnie sąd pierwszej instancji, czyli Sąd Rejonowy dla Warszawy Woli oraz trzeci – uniewinniający mnie już prawomocnie sąd drugiej instancji, czyli Sąd Okręgowy w Warszawie) w toku wieloletniego procesu.

Była to przygotowana przez profesjonalistów kombinacja operacyjna, wielka mistyfikacja, w której zadbano o pozory i choć prawda była na wyciągnięcie ręki, trzeba było zagłębić się w sprawę, by ją dostrzec – to esencja wypowiedzi, uzasadnienia, przewodniczącego składu sędziowskiego dotycząca afery marszałkowej, która pokazuje, jak przygotowano fundamenty tej bezprecedensowej sprawy. Zadbano o każdy detal, każdy najmniejszy szczegół, nie zapominając o wyciszeniu medialnym.

W efekcie, choć nie było dotąd sprawy, w której wystąpili by szefowie wszystkich służb tajnych i dziesiątki wyższych oficerów służb specjalnych, urzędujący i byli ministrowie, premierzy i wicepremierzy oraz urzędujący prezydent kraju na dokładkę, to od momentu, gdy podstawy kombinacji operacyjnej zaczęły się sypać, zaciszono ją nieomal całkowicie (zarazem nagłaśniając wytworzone w oparciu o kłamstwa i manipulacje sztuczne, marginalne wątki, które miały pogrążyć mnie w oczach opinii publicznej), w konsekwencji czego niewiele osób wie, o co w ogóle w tej historii chodziło.

Cała historia zaczyna się jesienią 2006 roku, gdy przerażony wizją więzienia za liczne przestępstwa, znajomy Bronisława Komorowskiego, pułkownik Leszek Tobiasz, rozpoczyna swoją wielką grę – już wtedy współpracuje z Bronisławem Komorowskim (choć ostatecznie momentu zaangażowania się Komorowskiego w kombinację operacyjną nie udało się ustalić, ponieważ prokuratura nie była tym zainteresowana, zaś sąd nie miał już takich możliwości, ponieważ Tobiasz zmarł w niejasnych okolicznościach przed złożeniem zeznań w sądzie i przed planowaną konfrontacją z Komorowskim). Celem operacji było całkowite zdeprecjonowanie niżej podpisanego oraz Komisji weryfikującej żołnierzy WSI. Tobiasz zakładał, że w ten sposób uzyska immunitet bezkarności za wcześniejsze przestępstwa, który to immunitet mieli mu zagwarantować pospołu Komorowski i politycy Platformy Obywatelskiej, którzy – jak zakładał pułkownik Tobiasz – po krótkim okresie rządów PiS od roku 2005, znów przejmą w Polsce władzę.
Pułkownik Leszek Tobiasz rozpoczyna operację od nacisków na Mariana Cypla, znanego sobie rezydenta wywiadu PRL w Wiedniu, by ten przedstawił go swoim znajomym, dwom biskupom, Leszkowi Sławojowi Głodziowi oraz Antoniemu Pacyfikowi Dydyczowi, jako człowieka godnego zaufania i by z kolei biskupi w identyczny sposób przedstawili go Antoniemu Macierewiczowi. Mimo nacisków Cypel jednak odmawia, bo nie chce mieszać się w „grę”, która nie jest jego „grą” i której nie rozumie – ale Tobiasz nie rezygnuje. Tylko sobie znanym sposobem dociera do Macierewicza, szefa Komisji Weryfikacyjnej WSI, i usiłuje sprowokować do rozmowy o tajemnicach państwowych, którą w całości nagrywa. Polityk jednak nie daje się wciągnąć w rozmowę, w efekcie Tobiasz przystępuje do planu „B”. Rozsyła informacje, iż jest gotowy zapłacić za pozytywną weryfikację w Komisji Weryfikacyjnej WSI.

Informacja trafia na podatny grunt. Kolega Tobiasza, ostatni szef kontrwywiadu PRL, pułkownik Aleksander Lichocki – w tamtym czasie mój informator – ma problemy finansowe. Jego żona choruje na ciężką, przewlekłą i kosztowną chorobę, Lichocki sprzedaje więc mieszkanie i zadłuża się, ale to nie wystarcza. W pułapkę zastawioną przez swojego kolegę wpada, niczym ryba w zastawioną sieć. Lichocki chwali się przed Tobiaszem, że zna różnych ludzi, dziennikarzy, członków Komisji Weryfikacyjnej WSI, wymienia nazwisko moje i Leszka Pietrzaka (o którym wie, że go znałem, co nie było tajemnicą, bo w tamtym czasie Pietrzak systematycznie występował w moich programach w TVP, autorskim pt. „Oblicza prawdy” oraz mającym dwumilionowa widownię śledczym pt. „30 minut”.) Złapany w pułapkę i nagrany przez Tobiasza (pierwszą taśmę Tobiasz opatruje napisem „Prowokacja”) pułkownik Lichocki zostaje poinformowany przez prowokatora o na-graniach i od tego momentu jest już tylko posłańcem -„koniem trojańskim”, który pracuje dla Tobiasza licząc, że gdy spełni oczekiwania, uniknie problemów. Jako człowiek szantażowany, staje się „niewolnikiem” kolegi i biernym wykonawcom jego poleceń – i utrzymuje tę relację aż do momentu zatrzymania. Nie staje się bezwolnym narzędziem od razu. Początkowo bowiem, gdy dowiaduje się o tym, że skusiwszy się na łatwy (jak sądzi) zarobek, który pomoże mu rozwiązać problemy finansowe, padł ofiarą prowokacji, miota się jak ryba w sieci. Dociera do Komorowskiego, którego zna osobiście z dawnych lat i którego znają jego koledzy, m.in. pułkownik Józef Buczyński. Prowadzi z Komorowskim rozmowy obliczone na zyskanie jego poparcia. Obiecuje mu „wystawienie” do zniszczenia dziennikarza – niżej podpisanego – który zaszedł Komorowskiemu za skórę ujawniając na przełomie 2006-2007 roku w programie śledczym „30 minut” związki Komorowskiego z przestępcza Fundacją Pro Civili, i kontynuował swoje dziennikarskie śledztwo na tym kierunku. Lichocki obiecuje również zdobycie dla Komorowskiego informacji z Aneksu do raportu WSI bądź samego Aneksu, którym polityk PO jest żywotnie zainteresowany, bo obawia się, że jest negatywnym „bohaterem” tego opracowania.

W tym samym czasie swoją „grę” kontynuuje Leszek Tobiasz, który dociera do Pietrzaka i któremu, podobnie jak Macierewiczowi, składa wiele obietnic m.in. oferuje przekazanie tajnych informacji o Radosławie Sikorskim. Spotykają się kilkakrotnie, ale z rozmów tych nie wynika nic poza tym, że Tobiasz je nagrywa. Taki stan trwa to do jesieni 2007 roku. To czas, gdy Lichocki i Tobiasz spotykają się z Komorowskim, wówczas już marszałkiem Sejmu, a więc drugą osobą w państwie, naprzemiennie i systematycznie. Każdy z nich ma swój cel, ale grają wspólnie do „jednej bramki”: Komorowski chce zniszczenia niewygodnego dziennikarza i Komisji, bo obawia się, że i dziennikarz i Komisja są dysponentami niebezpiecznej dla niego wiedzy, Tobiasz liczy na wyciągnięcie z bardzo poważnych kłopotów z wojskowym wymiarem sprawiedliwości (jedna ze spraw dotyczy współpracy z rosyjskim wywiadem), Lichocki z kolei ma nadzieję, że jeśli będzie współpracował, uniknie konsekwencji pułapki zastawionej przez Tobiasza. Szkopuł w tym, że rozmowy i zamiary tej trójki w kwestii tego, jak nielegalnie, w sposób przestępczy, zdobyć najbardziej tajny z tajnych dokumentów, Aneks do raportu WSI, same w sobie są przestępstwem – i Komorowski ma tego świadomość. Dlatego po siedmiu tygodniach jałowych rozmów i spotkań, które nie przynoszą efektu, przestraszony, organizuje nieformalną naradę z udziałem szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, przewodniczącego sejmowej komisji ds. służb specjalnych Pawła Grasia i Leszka Tobiasza.

Ta nieformalna narada, w takim składzie, to kolejny precedens – nigdy w historii nie wydarzyło się nic podobnego. Co ciekawe, z narady nie powstaje żaden dokument urzędowy, żadna notatka, żaden formalny ślad – to tajne spotkanie, jest niczym narada przestępczej grupy i gdyby nie przestrach jednego z jej uczestników, Pawła Grasia, który był najsłabszym ogniwem spiskowców, prawdopodobnie nikt nigdy nie dowiedziałby się niczego nie tylko o jej przebiegu, ale w ogóle o tym, że taka narada miała miejsce. Bezpośrednio po naradzie Krzysztof Bondaryk, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wiezie do siedziby ABW Leszka Tobiasza, a ten składa zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Aleksandra Lichockiego i wskazuje na możliwość korupcji w Komisji Weryfikacyjnej WSI. Ani w pierwszych zeznaniach, ani w kolejnych nawet nie wspomina o rzekomej roli w rzekomym przestępstwie niżej podpisanego, ale po kilku miesiącach składania zeznań, nagle, „przypomina sobie”: „był w tej sprawie jeszcze dziennikarz, Wojciech Sumliński, z którym prowadziłem korupcyjne rozmowy”. Nie ma co prawda żadnego dowodu ani śladu po owych rzekomych korupcyjnych rozmowach, bo – jak twierdzi Tobiasz – gdy je prowadził, psuł mu się sprzęt nagrywający bądź zapominał wziąć go ze sobą, ale dla prokuratury Tobiasz jest tak wiarygodny, że ta wierzy mu na słowo.

„Olśnienie” pułkownika Tobiasza w kwestii „przypomnienia sobie” o Sumlińskim, to efekt żądań Komorowskiego i oceny prokuratorów, którzy orientują się, że materiał dowodowy na rzekomą korupcję w komisji weryfikacyjnej WSI jest bardzo słaby i bezwzględnie trzeba go wzmocnić. Osoba, dziennikarza śledczego, freelencera, który ma kontrakt w TVP i tygodniku „Wprost”, ale który nie jest etatowo powiązany z żadną redakcją, a który jednocześnie zna i członków Komisji Weryfikacyjnej WSI i ma także informatorów wśród oficerów WSI, pasuje tu idealnie. Od tego momentu wszyscy – Komorowski, Tobiasz, Lichocki, dyspozycyjni prokuratorzy Jolanta Mamej i Andrzej Michalski oraz szefowie ABW – jeszcze mocniej grają „do jednej bramki”. Tobiasz kontynuuje rozmowy z Pietrzakiem, które nagrywa – tu sprzęt nagrywający już działa jak należy – ale do prokuratury dostarcza je wybiórczo, czyli tylko te, które pasują do układanki. W tym samym czasie potężna pracę wykonuje też Lichocki, „koń trojański”, który ma do odegrania najtrudniejszą rolę: ma uwiarygodnić, że korupcja w Komisji była faktem. Złapany w pętlę przez kilka kolejnych miesięcy prowadzi swoją grę na kilku frontach, z niżej podpisanym, któremu obiecuje najwyższej wagi materiały dotyczące nieznanych okoliczności śmierci księdza Jerzego Popiełuszki – dla mnie najważniejszej sprawy w życiu – z kolei Przemysławowi Wojciechowskim, w tamtym czasie dziennikarzem „Superwizjera” z TVN, oferuje „dowody” na rzekomą współpracę Antoniego Macierewicza z rosyjskim wywiadem. Nie tylko podsyła tzw. „dowody”, w rzeczywistości fałszywki, ale również fałszywych świadków, którzy mają je potwierdzać.

Operacja dyskredytowania prowadzona jest zatem dwutorowo – jej efektem ma być wykazanie, że Komisja weryfikująca żołnierzy WSI była skorumpowana, zaś na jej czele stał rosyjski szpieg. Przemysław Wojciechowski udaje zainteresowanego rewelacjami, ale o wszystkim informuje Macierewicza. Sprawa emisji nie posuwa się do przodu i staje w miejscu, w związku z czym Lichocki nawiązuje kontakt z kolejnymi dziennikarzami, m.in. z Anną Marszałek, dziennikarką, która w przeszłości nie miała oporów, by ręka w rękę z WSI i Komorowskim niszczyć niewinnych ludzi (vide sprawa Szeremietiewa) i której opowiada o tym, że Aneks do raportu WSI można kupić za pieniądze na bazarze. Im bliżej finału kombinacji operacyjnej, tym bardziej Lichocki intensyfikuje swoje działania: prowokuje Wojciechowskiego, intensyfikuje kontakt z Anną Marszałek, rozmawia o rzekomej korupcji w łonie Komisji ze swoim udziałem ze świadkiem Przemysławem Sułkowskim w pomieszczeniu, o którym wie, że są w nim zainstalowane zarówno kamery jak i podsłuch – pozornie wydawałoby się, że pogrąża samego siebie, ale tak naprawdę robi to wszystko po to, by pogrążyć innych. Ma przecież obiecane, iż jeśli dobrze wywiąże się ze swojego zadania „konia trojańskiego”, to nic złego mu się w tej sprawie nie stanie, w najgorszym razie wyrok w zawieszeniu. Wie o działaniu prokuratury wobec siebie, ale jest spokojny, bo realizuje, co mu każą i ma obietnice Tobiasza, Komorowskiego i ABW: musi tylko przynieść na tacy głowę niewygodnego dziennikarza i oczernić Komisję, a wszystko skończy się dla niego dobrze.
Początek 2008 roku, to czas, w którym Operacja – Wielka Prowokacja wchodzi w decydującą fazę. Aleksander Lichocki robi co może, by mnie pogrążyć, organizując różne akcje i prowokacje, a cała potężna machina uruchomiona wiele miesięcy wcześniej przez Tobiasza i Komorowskiego sunie w tym momencie już pełną parą. Jaki jest cel, wykazały dowody i zeznania świadków, w tym zeznania majora Tomasza Budzyńskiego dotyczące ówczesnego zastępcy szefa ABW, pułkownika Jacka Mąki. Okazuje się, że wiceszef ABW (według Budzyńskiego w porozumienie ze swoim szefem i innymi wyżej postawionymi osobami w hierarchii państwowej) naciskał na niego, by wziął udział i zmusił do tego udziału także mnie, w prowokacji przeciwko legalnie działającej instytucji państwowej – Komisji Weryfikacyjnej WSI. Nagrodą dla Budzyńskiego miała być intratna posada w spółce skarbu państwa, dla mnie – uratowanie przed zniszczeniem w wyniku operacji, która w tamtym czasie właśnie wchodziła w decydującą fazę. Szkopuł w tym, że Budzyński odmawia zarówno wzięcia udziału w przestępczej prowokacji, jak i zmuszenia mnie do wzięcia w niej udziału, w efekcie niszczycielska maszyna zostaje puszczona w ruch. Dla mnie to, co się dzieje począwszy od 13 maja 2008 roku, jest największym szokiem w życiu, dla Komorowskiego, polityków PO i ABW, to dzień tryumfu.

Oficerowie ABW zaangażowani w tę operację otrzymują awanse i gigantyczne premie (dokumenty świadczące o tym próbowano ukryć i zniszczyć w roku 2015). Prowokatorzy mają swojego człowieka – „skorumpowanego” dziennikarza. Zdecydowano o tym w gabinetach polityków i ludzi służb tajnych. Dla Lichockiego sytuacja wydaje się być pod kontrolą – w porozumieniu z prokuraturą sprawa ma się dla niego zakończyć na pierwszej rozprawie, karą 2 lat w zawieszeniu oraz kwotą 50 tysięcy zł grzywny, i to wszystko. Już na procesie pojawia się jednak problem, bo wbrew stanowisku prokuratury, która domaga się „odpuszczenia” Lichockiemu i wskazuje na Sumlińskiego, jako sprawcę przestępstwa, sąd chce, by Lichocki jednak uczestniczył w procesie, i nie zgadza się na jego ugodę z prokuraturą. To początek rozczarowań pułkownika Lichockiego, który zaczyna rozumieć, że mimo obietnic Komorowskiego, Tobiasza, ABW i prokuratury, może nie uniknąć bardzo poważnych kłopotów. Zaczyna rozumieć, że może zostać rzucony „na pożarcie”– by ochronić innych, znacznie ważniejszych ludzi, niż on sam. To jednak następuje dopiero później – tymczasem wróćmy do maja 2008.
Po kilku dniach od zatrzymania wychodzę z sądu, jako wolny człowiek i za niepopełnione winy mam odpowiadać z wolnej stopy, a tego nie przewidziano. Przecież po to zrobiono mi w ABW analizę psychologiczną, by mieć mnie pod kluczem – wszak wynikało z niej, że wystarczy Sumlińskiego zamknąć na kilka, najwyżej kilkanaście miesięcy do aresztu wydobywczego – zwanego dla niepoznaki aresztem tymczasowym – a na zewnątrz poddać represjom rodzinę, by uzyskać człowieka plastycznego, gotowego do złożenia zeznań obciążających Komisje. Jest inaczej, niż miało być, więc ABW, ich medialni funkcjonariusze i współpracujące inne służby intensyfikują działania, mnożą ataki na niespotykaną skalę i organizują bezprecedensową nagonkę – nie tylko zresztą medialną – w której wszystkie chwyty są dozwolone: inwigilacja 24 godziny na dobę, zastraszanie i kontrole, pomówienia i kłamstwa, wreszcie kolejne akty oskarżenia.

Do dalszych działań zostaje zaangażowany także pułkownik WSI, Leszek Tobiasz, który szantażuje kolejne osoby domagając się, by złożyły obciążające mnie fałszywe zeznania. Tobiasz stara się jak może, bo wie, że musi zapracować na nagrodę, którą ostatecznie w konsekwencji otrzymuje. Wszystkie sprawy karne, które prowadziła przeciwko niemu Prokuratura Garnizonowa, zostają zawieszone z paragrafu, który mówi o zawieszeniu prowadzonych przez prokuraturę spraw w stosunku do tych osób, które ukrywają się lub są tak obłożnie chore, że nie mogą brać udziału w postępowaniu prokuratorskim. Ale przecież Tobiasz w tamtym czasie nie ukrywa się i nie jest obłożnie chory – więcej, jest tak zdrowy, że szykuje się na wyjazd na placówkę dyplomatyczną do Kazachstanu, na która ostatecznie nie wyjeżdża, bo wyjazd ten po zapoznaniu z teczka Tobiasza blokuje szef SKW, Grzegorz Reszka, rzucając papierami o stół i krzycząc w obecności licznych świadków: „po moim trupie”. Jak to więc możliwe, że dotyczące Leszka Tobiasza wszystkie sprawy karne zostają zawieszone i w ogóle nie zostają wdrożone? Na gruncie prawa nie zostaje to nigdy wyjaśnione. Wiadomo jedynie, że niewidzialna ręka do końca jego życia pilnowała, by żadna z tych spraw nie została wdrożona do realizacji – i tak się stało. Ostatecznie Leszek Tobiasz zmarł w 2011 roku w niejasnych okolicznościach, gdy w wyniku rozbieżności jego zeznań z zeznaniami Komorowskiego zaczął stanowić zagrożenie dla tego ostatniego – i dotyczące go sprawy karne zamknięto definitywnie.

Wracając do roku 2008 – wszystkie te prowadzone, skumulowane działania służą jednemu: mają doprowadzić do osadzenia Sumlińskiego w areszcie, całkowitego złamania i wymuszenia oczekiwanych zeznań. Skala tych działań doprowadza jednak do większego załamania figuranta, niż oczekiwano i zamiast zeznań, jest próba samobójcza. To moment, w którym prowokatorzy rozumieją, że „gwint w śrubie” został przekręcony i że już nie uda się doprowadzić do wymuszenia na Sumlińskim nieprawdziwych zeznań. To moment, w którym prowokatorzy rozumieją, że Komisja jest już poza ich zasięgiem i jedyne, co im pozostaje, to ratować twarz. Drogą do tego celu ma być wyrok skazujący dla Sumlińskiego, dlatego raz jeszcze wokół mnie rozpętuje się istne pandemonium – mnożone są kolejne oskarżenia, kolejne prowokacje, kontrole i ataki medialne, a także poza medialne. Ewentualny sukces i skazanie mnie ma pokazać, że przestępstwo jednak było i że usprawiedliwione były podjęte na bezprecedensową skalę działania prokuratury i służb specjalnych. Od tego momentu na prawie osiem lat zostaję sam na sam z oprawcami, jako cel najważniejszych w Polsce prokuratorów i polityków, prezydenta kraju i służb specjalnych.

Przez następnych osiem lat prokuratura przedstawia bardzo twórczą interpretację faktów i ani jednego dowodu, ani jednego świadka, który potwierdziłby w sądzie wersję prokuratury (wprost przeciwnie – wielu świadków na sali sadowej tej wersji wprost przeczy i ją podważa!). Klimat tego procesu, niczym w soczewce, ilustrują słowa sądu pierwszej instancji stanowiące uzasadnienie odrzucenia wniosku, w którym prosiłem o poddanie konfrontacji Bronisława Komorowskiego, Jadwigi Zakrzewskiej, Pawła Grasia i Krzysztofa Bondaryka (ich zeznania wzajemnie sobie przeczyły i się wykluczały). Odrzucając ów wniosek sąd stwierdza: „Niemożliwe jest dokonanie konfrontacji z udziałem Bronisława Komorowskiego, ponieważ w toku składania zeznań okazało się, że Bronisław Komorowski prawie niczego nie pamięta. Niemożliwe jest dokonanie konfrontacji z udziałem Jadwigi Zakrzewskiej, ponieważ okazało się, że Jadwiga Zakrzewska niczego nie pamięta. Niemożliwe jest dokonanie konfrontacji z udziałem Pawła Grasia, ponieważ Paweł Gras niczego nie pamięta. Niemożliwe jest dokonanie konfrontacji z udziałem Krzysztofa Bondaryka, ponieważ Krzysztof Bondaryk niczego nie pamięta.” Jednym zdaniem – najważniejsze osoby w państwie, prezydent kraju, szef służb specjalnych i były szef sejmowej komisji ds. służb specjalnych, a potem rzecznik rządu oraz szefowa parlamentarnej komisji ds. kontaktów z dowództwem NATO cierpią na permanentna sklerozę!

Pozostali świadkowie, ci, którzy cokolwiek pamiętają, i nawet chcieliby bardzo mnie pogrążyć, zeznawać przeciwko mnie tak, jak robili to wcześniej w prokuraturze, pod wpływem twardych dowodów na ich kłamstwa, wycofują się w sądzie ze wszystkich swoich oskarżeń i składają korzystne dla mnie zeznania – vide żona pułkownika Tobiasza, która „przygwożdżona” gradem pytań, przyznaje się, że wbrew wcześniejszym twierdzeniom w prokuraturze (twierdziła tam, ze uczestniczyła w spotkaniu ze mną oraz jej mężem, podczas którego składałem Tobiaszowi korupcyjną propozycję), tak naprawdę nigdy mnie ani nie spotkała, ani nie widziała, a tylko po moim zatrzymaniu w roku 2008, zobaczyła mnie… w telewizji. Można by pomyśleć – ktoś stojący z boku mógłby pomyśleć – żarty, albo kabaret. Szkopuł w tym, że ten „kabaret” zniszczył życie mnie i mojej rodzinie. Zniszczył do tego stopnia, że tak naprawdę po 8 latach tego horroru nie podnieśliśmy się po tym, co nam zgotowano, a najgorsze jest to, że nie wiem, czy kiedykolwiek do końca się podniesiemy…
To nie był zwykły proces i widział to każdy, kto go obserwował. Nie było dotąd procesu, w którym występowałoby tyle niezwykłych postaci, od prezydenta RP, poprzez najważniejszych polityków, po szefów, decydentów i oficerów ze świata służb tajnych. W tym kontekście medialna cisza, która została rozpostarta nad takim procesem, od jego początku do samego końca (w pewnym sensie po dziś dzień), jest więcej, niż wymowna. Jego wynik jest tak ważny nie tylko dlatego, że podsumowuje cale moje i moich bliskich dotychczasowe życie i wszystkie sprawy, w jakie wierzyłem, o jakie walczyłem i dla których poświęciłem los mój i mojej rodziny, ale także dlatego, że reprezentuje nadzieję zwykłych ludzi przeciwko wszechwładzy rządzących i służb specjalnych. I być może właśnie dlatego nic już w moim życiu nie będzie ważniejsze, niż ten proces.

I być może właśnie dlatego takie relatywizowanie rzeczywistości, w której poczytny portal za poczytnym tygodnikiem podaje, że coś „się udało” w sytuacji, gdy na żadnym etapie tej historii nigdy nie było choćby cienia dowodu rzekomego przestępstwa z moim udziałem, a wyszły za to na światło dzienne bandyckie knowania i przestępcze działania najważniejszych ludzi w państwie z prezydentem Polski Bronisławem Komorowskim na czele, jest tak bolesne i – pomimo, że człowiek, który przeżyje w swoim życiu to i owo, niczemu nie powinien się dziwić – tak zadziwiające.

Wojciech Sumliński

2 odpowiedzi do “O tym, co „się udało”…”

  1. Ręce opadają. Na kogo głosować, żeby w końcu politycy zajęli się tym co najważniejsze dla kraju?
    Głosowałem na PIS, cieszę się, że udało sie odsunąć przestępców z PO, ale czy naprawdę ważniejsza dla PIS jest np likwidacja gimnazjów niż sprawy gospodarki i bezpieczeństwa Polski?
    Szymon.

  2. Najprzykrzejsze w tym wszystkim jest, że tydzień temu PIS opublikował „listę 100 afer PO-PSL” i po przyjrzeniu owej listy stwierdziłem, że wg naszych „umiłowanych przywódców” Afery Marszałkowej nie było… Przy okazji wspomniał pan o bardzo ważnej osobistości w MON pani Jadzi Zakrzewskiej, która awansowała na stanowisko wiceministra ze stanowiska księgowej w Społem. Kuriozalnie to wygląda w aspekcie wielomiesięcznego festiwalu ujadania „totalnej opozycji” na Misiewicza. Jestem przekonany że powinniśmy w końcu zacząć się głośno i stanowczo upominać o prawdę i sprawiedliwość. Doceniam „dobrą zmianę” za wstrzymanie niektórych procesów erozji kraju, jednakże to nie wszystko, czego oczekujemy i co zostało nam obiecane. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *