Wielonóg – reaktywacja

Dostrzegając wzmożoną w ostatnich dniach aktywność „reaktywowanego” właśnie (przez kogo? – pytanie retoryczne) „trupa” Zbigniewa Stonogi, której to aktywności sporą część żałosny ów człowiek przeznacza na powtarzanie wyssanych z palca bzdur (od lat tych samych) zmierzających do obrażenia mnie – nie zamierzam odpowiadać na słowa kryminalisty, który chwaląc się wyrokami uniewinniającymi nie raczy wspomnieć o tych skazujących, a z których wynika obraz oszusta i kłamcy (nie wspomina o wielu innych dotyczących go, nierozstrzygniętych sprawach), a którego jedną z „zasług” w roku 2015 było publiczne oddanie moczu w recepcji hotelu Marriott.

Po wygraniu wieloletniej walki w wadze superciężkiej z urzędującym do niedawna prezydentem kraju i jego kolegami ze służb specjalnych nie widzę celu w tłumaczeniu się przed zerem, które podejmuje coraz to bardziej rozpaczliwie próby przykucia uwagi tej garstki opinii publicznej, która kiedyś uwierzyła, że ten „nikt” jest „kimś”.

Idąc za słowami Winstona Churchila: „nigdy nie osiągniesz swojego celu, jeśli będziesz bez przerwy zatrzymywał się i rzucał kamieniami w każdego psa, który na ciebie szczeka” zignorowałbym zatem żałosnego kryminalistę, którego mam w szczerej pogardzie, ale ponieważ ostatnie „występy” tegoż obserwowali także niektórzy z Czytelników moich książek, przez wzgląd na Nich odniosę się do przedstawianych przez w/w „nieszczęśnika” treści.

Do Szanownych Państwa zatem:

Zarzucane jest mi bycie „marionetką” jednej z partii politycznych. Przypomnieć warto zatem sens wypowiedzi Zbigniewa Stonogi z wyemitowanego w ostatnich dniach programu „Skandaliści”, w którym otwarcie przyznaje, iż w zamian za obietnicę ułaskawienia poprzez zatarcie licznych skazań – dał się kupić.

Zbigniew Stonoga: (…) jeśli Pan go poprze, a on zostanie Prezydentem – zostanie Pan ułaskawiony poprzez zatarcie skazań, to umożliwi Panu, ad personam, przystąpienie chociażby do wyborów parlamentarnych…

Agnieszka Gozdyra: czyli co, chcieli Pana kupić?

Zbigniew Stonoga: kupili mnie! Świadomie ja się na to zgodziłem!

W tym miejscu właściwie można by skończyć. Bo oto wielonóg, który otwarcie przyznaje się, iż świadomie daje się kupić i który potwierdza, iż jest marionetką na sprzedaż, zwyczajna kukłą, którą można dowolnie sterować i kierować, niczym psem na smyczy, ma czelność marionetkami nazywać innych. Powiedzieć, że to „Himalaje hipokryzji”, to tyle, co nie powiedzieć nic. W kontrapunkcie do wielonoga – przez wszystkie te lata, gdy wykonywałem działalność dziennikarsko śledczą nie oczekiwałem, ani nie otrzymywałem jakichkolwiek przywilejów, posad, czy udogodnień. Poczytując sobie za zaszczyt uprawianie tegoż zawodu nie ulegałem ani podszeptom, ani obietnicom, czy gratyfikacjom, ani też naciskom, groźbom czy próbom szantażu. Miast tego, poszukując prawdy częstokroć ryzykowałem wszystkim i narażałem najpotężniejszym ludziom w kraju. Robiłem to wszystko, bo dawno temu uwierzyłem w słowa Jana Pawła II usłyszane w 1987 roku na Westerplatte, że bez względu na to, co przynosi los, warto mieć takie swoje Westerplatte, którego broni się bez względu na cenę, dla którego warto żyć, a jeśli trzeba – także umrzeć. Jeśli człowiek nie ma takiego Westerplatte i nie wierzy w nic – jego życie jest jałowe i puste…

Mając takie właśnie przekonania nabyłem umiejętności dystansowania się do polityki i polityków wszelkiej maści, stąd w tak wielu sprawach często miałem i mam zdanie odrębne od ludzi na wysokich stołkach, zarówno tych z prawej, jak i lewej strony sceny politycznej. Rzecz jasna, jak każdy człowiek interesujący się życiem publicznym, poglądy i zaopatrywania mam ściśle określone i nie wstydzę się o nich mówić. Mam również własne zdanie o wielu kwestiach, ale jest to moje zdanie, a nie mojego „politycznego pana” – z jednego prostego powodu: ponieważ takiego „pana” nigdy nie było i nigdy nie będzie. Bez względu na to, jak bardzo pompatycznie to brzmi – poza Panem Bogiem moim jedynym „Szefem” są moi Czytelnicy. Innych szefów nie chcę. Dopóki zatem będę miał Czytelników, będę dla nich pisał, a jeśli kiedyś ich stracę, zastanowię się, co zrobić z resztą życia, ale jak zawsze, będzie to wyłącznie mój wybór, zgodny z tym, w co wierzę.

Tak jest i tak już zostanie, gdyż mnie, w przeciwieństwie do Stonogi, nikt nigdy nie kupił i nikt nigdy nie kupi. Upadałem i powstawałem, popełniałem błędy i naprawiałem je, ale nigdy nie sprzeniewierzyłem się temu, w co wierzyłem, nigdy nie byłem niczyją marionetką i w przeciwieństwie do wielu innych, którzy popierając tę czy inną opcję liczyli na ustawienie się w życiu, ja niczego w życiu nie robiłem dla zaszczytów, czy stanowisk. Tylko tyle, i aż tyle. Ale idźmy dalej.

Wielonóg zarzuca mi, iż wynik trwającego wiele lat procesu w sprawie tzw. „afery marszałkowej” stanowi wypaczenie sprawiedliwego wyroku, bo zdaniem tego „autorytetu moralnego” okoliczności mojego uniewinnienia są niejasne. Osoby przychylające się do powyższego zachęcam do wnikliwego zapoznania się ze szczegółami procesu, ze szczegółami upadku każdego kolejnego argumentu Prokuratury.

Przykład jeden z dziesiątków. Żona nieżyjącego już pułkownika WSI Leszka Tobiasza – kolegi Bronisława Komorowskiego – zeznając w prokuraturze wskazała, jakoby była świadkiem sytuacji, w której składałem Tobiaszowi propozycję korupcyjną. Argument ten przez oskarżycieli podnoszony był nad wyraz mocno – nie przewidziano jednego: na rozprawie sądowej wdowa po Tobiaszu „osaczona” dziesiątkami szczegółowych pytań zaczęła się gubić, bo kłamca musi mieć świetną pamięć. Zrazu ochocze i buńczuczne jej odpowiedzi zaczęły tracić na pewności i wiarygodności, a każde kolejne zdanie podważało poprzednie. Zdania zaczęły się urywać, słowa przeczyć sobie, skończyło się na łzach i prośbie skierowanej do Wysokiego Sądu: „proszę pozwolić mi wyjść” – Sąd jednak do prośby się nie przychylił. Po chwili, pod pręgieżem kolejnych pytań, pani „świadek” mojej rzekomej korupcyjnej propozycji przyznała, iż kłamała już w prokuraturze, bo tak naprawdę nigdy mnie nie spotkała i widziała mnie tylko … w telewizji. Dodała, że do kłamliwych zeznań zmusił ją nieżyjący już mąż, pułkownik WSI, Leszek Tobiasz.

Takich „świadków” i takich „dowodów” mojej rzekomej winy było w tym procesie bez liku. Jak na takie dictum acebrum miał zareagować Sąd (zresztą pierwszej i drugiej instancji)? Rozumiem, że wielonóg martwi się, że w przeciwieństwie do niego nie zostałem kryminalistą, ale to już jego problem- nie zaś mój. I wbrew temu, co zarzucają mi podobne jemu kreatury – zapowiedzi pozytywnego rozstrzygnięcia sprawy widoczne były na długo przed rządami Prawa i Sprawiedliwości. Już w roku 2011 – w szczycie rządów Platformy Obywatelskiej – sędzia Sądu Rejonowego dla Warszawy Woli (obecnie Sądu Okręgowego) Piotr Gąciarek stwierdził, że prokuratorzy ścigając mnie wielokrotnie złamali obowiązujące prawo i powinni być odsunięci od sprawy, a nawet – powinny zostać im postawione zarzuty karne. Skutkiem czego? Ukrywania przede mną dowodów, dokumentacji, marginalizowania roli świadków pragnących pokazywać prawdę, podsłuchiwania moich rozmów, nawet z adwokatami, itd. – te i inne fakty Sędzia Gąciarek określał słowami „szokujące”, „porażające”. W/w. prokuratorom uchylone zostały immunitety prokuratorskie – do końca sprawy głównej nie pojawili się na żadnej z rozpraw.

Słowa Zbigniewa Stonogi w tej sprawie streścić można w zdaniu: „Jest winny, jednakże sędziowie nie znaleźli dowodów winy” – jak polemizować z takim idiotyzmem, szczególnie gdy autorem takowego stwierdzenia jest kryminalista? Wielonóg „odkrywa” – Eureka! – że miałem niejeden proces, jakbym nie mówił o tym od lat. Zapomina tylko dodać, że w przeciwieństwie do tego bandziora ja wszystkie swoje zakończone procesy wygrałem, a o tym jednym jedynym jeszcze nie zakończonym, odpryskiem „afery marszałkowej”, też otwarcie piszę i mówię od lat, choćby w dniu 1 września 2016 roku, gdy na FB, Salonie 24, w portalach „Wpolityce”, „Fronda’ i dziesiątkach innych miejsc zamieściłem swój wpis, który wart jest przypomnienia:

—–
„W dniu dzisiejszym sąd drugiej instancji – Sąd Okręgowy w Warszawie – w trzyosobowym składzie definitywnie i ostatecznie potwierdził moją niewinność i uznał, że w sprawie określanej przez media, jako Afera Marszałkowa, padłem ofiarą podłej prowokacji i kombinacji operacyjnej służb specjalnych – Wojskowych Służb Informacyjnych i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Tym samym Sąd Okręgowy w Warszawie podtrzymał uniewinniający mnie wyrok sądu pierwszej instancji – Sądu Rejonowego dla Warszawy Woli – podkreślając, że byłem ofiarą tego procesu, cała zaś sprawa była prowokacja służb specjalnych skierowanych zarówno przeciwko mnie jak i komisji weryfikującej żołnierzy WSI. Jednocześnie Sąd Okręgowy w Warszawie podtrzymał – wbrew stanowisku Prokuratury !!! – wyrok 4 lat bezwzględnego więzienia dla pułkownika Aleksandra Lichockiego, uznając go za współsprawcę prowokacji i kombinacji operacyjnej.
W ten sposób dobiegł końca najtrudniejszy ze wszystkich moich procesów, w którym miałem przeciwko sobie służby specjalne i najważniejszych przedstawicieli świata polskiej polityki z urzędującym prezydentem RP Bronisławem Komorowskim na czele, zaś za sobą jedynie – aż! – modlitwę wielu dobrych ludzi, którzy wierzyli w moją niewinność, wsparcie mojej rodziny i niewielkiego grona przyjaciół, którzy przetrwali ze mną całe te osiem i pół roku oskarżeń, oszczerstw, pomówień i niszczenia dzień za dniem prowadzonego w sposób tak podły, cyniczny i metodyczny, że nawet po tylu latach mam trudność, by o tym pisać – i naprawdę nikomu, nawet największym wrogom, nie życzę podobnych doświadczeń. Radość tego dnia miesza się z bólem, bo nikt nie zwróci nam tych ponad ośmiu lat, lat odebranych moim bliskim, moim dzieciom, których dzieciństwo bezpowrotnie minęło w cieniu tego procesu – procesu, który na długie lata położył się cieniem na ich życiu i odebrał ojca, stale nieobecnego, rozpaczliwie broniącego się przed lawiną bezpodstawnych oskarżeń i uwięzieniem. Poznałem – wszyscy moi Bliscy poznali – co to samotność, niesprawiedliwe wykluczenie i tzw. „przyjaciele”, którzy okazali się przyjaciółmi wyłącznie na pogodę, a przy pierwszym podmuchu zawieruchy rozpierzchli się na cztery strony świata. (Premier wielkiej Brytanii, Winston Churchil, mówił o takich ludziach – „jak mam takich przyjaciół, nie potrzebuję już wrogów”). Poznałem, jak podli potrafią być „koledzy” po fachu, vide oskarżyciele z Newsweeka, czy Gazety Wyborczej, którzy jak np. Wojciech Czuchnowski, już w pierwszym miesiącu podłych ataków prokuratury na mnie przesądzili o mojej winie uznając, że dowody mojej winy są bezsporne i niepodlegające dyskusji. Poznałem, kim naprawdę są załgani do cna politycy vide prezydent RP Bronisław Komorowski, którzy w imię własnych interesów nie wahali się doprowadzić do systemowego niszczenia niewinnych ludzi. Czy kiedykolwiek on i inni, odpowiedzą za to, co zrobili? Nie wiem i napiszę to pierwszy raz – chcialbym się mylić, ale osobiście wątpię…Piszę te gorzkie słowa pod wpływem chwili, bezpośrednio po wyroku, ale czynię to świadomie, bo to ta unikalna chwila, w której moje życie zaczyna się na nowo. I choć nie wszystkie moje kłopoty dobiegły końca (mam jeszcze jeden otwarty proces, w którym wierzę, że tak jak we wszystkich dotychczasowych, udowodnię swoja niewinność i wykażę podłość złych ludzi), wierzę, że najgorsze już za mną i moimi Bliskimi. Na ten moment wszystko to jednak nieistotne,- bo są takie chwile, które są dla nas tak bardzo ważne, tak bardzo nas obchodzą, ale w których tak trudno coś powiedzieć, bo zwyczajnie brakuje słów i wtedy pozostaje jedynie powiedzieć – dziękuję. Niniejszym raz jeszcze z całego serca dziękuję Wszystkim Ludziom Dobrej Woli, którzy nie zwątpili we mnie i wspierali mnie oraz moich Bliskich, gdy szliśmy tą ciemną doliną. Bez Was nie mielibyśmy szansy pokonać tej drogi. Z Panem Bogiem.
Wojciech Sumliński”
—–

Idźmy dalej.
Nawiązując do kwestii mojego obrońcy, mec. Waldemara Puławskiego, którą to jako kolejną kwestię podnosi bandzior o stu nogach: w przeciwieństwie do poprzednich adwokatów (na jednego z nich, ongiś polityka, szkoda mi nawet słów, drugiego zastraszyło ABW) Waldemar Puławski odważył się stanąć jako mój obrońca przed Sądem w sprawie, w której przeciwko sobie miałem urzędującego prezydenta kraju i wszystkie możliwe służby specjalne – trudno o mocniejszych przeciwników. Odważył się bronić mnie „pro publico bono” dodając, że występowanie w procesie o tak wielkiej wadze jest dla niego zaszczytem. Jak oceniam jego późniejszy awans? Jedyne co mogę wyrazić, to słowa szczerych gratulacji – mec. Waldemara Puławskiego wszak cenię i szanuję nie tylko za ogromną pracę, którą wykonał w trudnym dla mnie czasie, ale także za stuprocentową uczciwość i lojalność, rzecz w jego zawodzie rzadszą, niż wielu mogoby się wydawać. Co warte zaznaczenia – ani Sumliński nie załatwiał niczego Puławskiemu, ani Puławski niczego nie załatwiał Sumlińskiemu. I tyle w tym temacie.

Kolejną z fantazji wielonoga jest sugerowanie moich rzekomych konszachtów z niejakim panem Litwiniukiem – działaczem PSL z Białej Podlaskiej. Podsumowując tę znajomość: w roku 2011 uczyniłem wiele, by ów nie został senatorem, skutkiem czego Litwiniuk skierował wniosek do Sądu o ukaranie mnie, zarzucając złamanie ciszy wyborczej na stronie internetowej Tygodnika Podlaskiego, co mogło skutkować zapłatą przeze mnie milionowego odszkodowania. Udowodnić tego nie zdołał, zgłosił więc na policję informację o tym, jakoby w stopce redakcyjnej kierowanego przeze mnie tygodnika zabrakło informacji o wydawcy. Nielicha znajomość, nieprawdaż? A to jedynie drobny przykład utarczek na tym polu, ale jakie to ma znaczenia dla kłamcy i kryminalisty? Coś tam wielonóg usłyszał o Sumlińskim i Litwiniuku, coś tam ktoś „życzliwy” mu dopowiedział, więc wystrzelił z głupia frant trafiając kulą w płot, stosując przy tym logikę właściwą ludziom z jego ograniczeniami: „stał koło roweru, który ukradli, mógł mieć z tym coś wspólnego”.

Na temat kłamstw wielonoga o rzekomych czterech mieszkań w Warszawie, wypowiadałem się już wielokrotnie. Wrzutka ta, sprokurowana już w roku 2008 przez moich „przyjaciół” z WSI, stanowiącą jakoby dowód mojej rzekomej nieuczciwości, za sprawą wielonoga robi już chyba dziesiąte kółko w Internecie. Pisałem o tym wielokrotnie, że gdy 13 maja 2008 roku panowie z ABW przyszli do mnie, przyszli też do trzech mieszkań moich krewnych (m.in. nawiedzili mieszkanie mojego ojca, w którym mieszka od początku lat 90 oraz mieszkanie moich teściów, którzy mieli je od początku lat 70), ale jakie to ma znaczenie dla łgarzy vide Stonoga? Tak się tworzy mity, tak buduje się łgarstwa.

Kolejna rewelacja – „Sumliński agentem WSI”. Taka brednia mogła powstać tylko w naprawdę chorym umyśle. Dowód? Proszę wskazać choćby jednego dziennikarza, który zaszkodził by Wojskowym Służbom Informacyjnym bardziej, niżeli niżej podpisany. Proszę wskazać choćby jednego dziennikarza – a nawet nie tylko dziennikarza – który zrobił więcej dla pokazania prawdy o tej przestępczej formacji. Od kilkunastu lat w dziesiątkach publikacji prasowych, w książkach, w radio i w programach TVP, w Internecie i setkach publicznych wypowiedziach, począwszy od mającego ponad dwumilionową widownię programu śledczego „30 minut” z roku 2006, poprzez artykuły i książki z Niebezpiecznymi związkami Bronisława Komorowskiego na czele, aż po mające miliony odsłon w Internecie wypowiedzi vide nagrana w Nowym Yorku „Kilkuset morderców rządzi Polską” napiętnuję tę organizację wskazując jej bardzo konkretne przestępcze interesy, bandyckie knowania i politycznych patronów z Bronisławem Komorowskim na czele. Cenę, jaką zapłaciłem za walkę z WSI, w której ujawniając prawdę wielokrotnie ryzykowałem wszystkim, nie życzę nikomu. Procesy karne i dziesiątki cywilnych – z których przegranie choćby jednego mogło oznaczać ruinę – wytaczane mi przez dyspozycyjnych prokuratorów i ludzi WSI, dziś często „szanowanych” prezesów i właścicieli wielkich przedsiębiorstw, nasyłanie komorników, celowych kontroli i dyspozycyjnych „dziennikarzy” w służbie WSI, w konsekwencji zaszczucie aż do granicy samobójstwa – to tylko fragment tej ceny. Ale dla śmieci pokroju wielonoga to wszystko nic – on wie lepiej.

Cóż, wiedzę tę będzie musiał udowodnić w sądzie, bo to jedynie miejsce, gdzie będę polemizować z tym pokurczem. Niełatwo odnosić się do wyników fantazji tej żałosnej kreatury, której fałszywa legenda upadła zanim się jeszcze pojawiła. Niełatwo – bo niełatwo polemizować z wytworami chorej wyobraźni. Tylko w ostatnim tylko czasie zgłosiło się do mnie ponad 100 osób – dawniej wspierających Stonogę, dziś wytaczających mu procesy, czujących się wykorzystanymi i oszukanymi, znającymi prawdę na temat oszustw i łgarstw tegoż krętacza. Niełatwo się tych opowieści rozgoryczonych ludzi słucha – szczególnie przy świadomości, że wciąż jeszcze są inni ludzie, którzy dają się nabierać na tanie zagrywki i rzekomo „odważny”, w rzeczywistości zaś knajacki styl i wulgarny slang kryminalisty o stu nogach.

Wielu spośród z Państwa, czytając „stonogowe nowiny” nawołuje do wytoczenia mi procesu – wytknięciu wszelkich machlojek, przestępstw, kłamstw na drodze prawnej. Proces taki miał już miejsce – wytoczony przez Zbigniewa Stonogę w roku 2015. Wynik? Zwyciężyła prawda – obłuda poniosła klęskę. W ramach ciekawostki: Stonoga relacjonując rozprawę na prowadzonym przez siebie Facebookowym fanpage’u umieścił zdjęcie z sali sądu– ze mną, siedzącym w sądowej ławie. Niewątpliwie ciekawe, zważywszy na fakt, iż w jej trakcie przebywałem w Krakowie, zaś ta – miała miejsce w Warszawie. Jako się rzekło- więcej internetowych dyskusji z kreaturą nie przewiduję. Rozmowy z kryminalistą prowadzić mogę wyłącznie w jednym miejscu: na sali sądowej. W przeciwieństwie do człowieka, którego jedyną bronią jest zamieszczanie w Internecie oszczerstw – o wynik procesu jestem spokojny. Prawda zwycięży.

 

To tyle w kwestii łobuza o stu nogach, z którym nie mam o czym dyskutować, bo tak naprawdę – nie ma nawet z kim.

Dalszy ciąg – na sali sądowej.

2 odpowiedzi do “Wielonóg – reaktywacja”

  1. 100noga banuje wszystkie niewygodne wpisy. Wystarczy napisać, ze zapomniał o przegranym procesie z Panem Sumlinskim.
    Biedni chorzy ludzie którzy slepo w niego wierzą. Uważają, ze wszystko co pisze ta pokraczna istota musi byś prawdą, bo inaczej Stonoga miałby problemy. Swoją drogą trochę to dziwne, ze jeszcze nie ogląda świata w kratkę. To jest na zasadzie, ze ktoś na nich pluje, a oni mówią że deszcz pada.

  2. Zaglądam czasami na profil Stonogi i zadziwiają mnie ludzie, wciąż w niego ślepo wierzący.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w dalszej walce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *